rodzić po ludzku.

12 marca 2014

Wreszcie zabrałam się do napisania mojej historii.
Długi czas mi to zajęło ale chyba to już pora...
Długo zajęło mi pogodzenie się z traumą (nie wiem czy pogodzenie to jest dobre słowo),
którą przeżyłam, ale zacznijmy od początku.
Po naszym wielkim dniu, dużo rozmawialiśmy o dziecku
stwierdziliśmy, że nie ma na co czekać i zaczęliśmy się starać.
Poszło nam to bardzo szybko we wrześniu ślub w listopadzie już byłam w ciąży.
Pierwszy test zrobiłam za szybko,
pokazała się jedna kreska było mi strasznie smutno, że tym razem się nie udało...
kilka dni później zrobiłam drugi z myślą "a może jednak"...
jak zobaczyłam dwie kreski to nie wierzyłam w to co widzę.
Pobiegłam do apteki po kolejny test na nim też pojawiły się dwie kreski!
Skakałam z radości... nigdy nie czułam się lepiej.
I. też się cieszył... będziemy rodzicami!
Czas oczekiwania był cudowny, gromadzenie wyprawki,
wszystkie maleńkie przeurocze rzeczy ciężko było się po wstrzymywać przed kupowaniem.
Organizacja kącika i dekorowanie go... Już w 6 miesiącu był gotowy!
Nawet dolegliwości ciążowe nie był aż tak uciążliwe.
Były wątpliwości czy aby na pewno damy sobie radę,
ale przecież tyle ludzi daje radę to czemu my mamy nie dać...
A gdy okazało się, że będzie córka byłam w siódmym niebie!
Chyba, większość kobiet marzy o takiej małej księżniczce, przy najmniej ja marzyłam.
Zbliżał się czas terminu coraz większy stres i strach przed nieznanym
ale wiedziałam, że już za niedługo będzie z nami Ona...
wyczekiwana, upragniona
- często wieczorami z I. zastanawialiśmy się jak będzie wyglądać, jaki będzie miała głos, jakie włosy i oczy...
Na 19.08 (piątek) miałam termin, lekarz prowadzący ciąże powiedział, że jak nic się nie będzie działo to w poniedziałek rano mam się stawić w szpitalu...
I niby wiedziałam, że mogę czekać jeszcze tydzień, że nie muszę od razu biec do szpitala...
wiedza była ale fakt, że to pierwsze dziecko i strach był większy...
więc w poniedziałek o 7:00 stawiłam się w szpitalu.
I zaczął się mój koszmar... poszłam tam z pozytywnym nastawieniem,
bo przecież stamtąd miałam wyjść z Nią w ramionach.
Izba Przyjęć, czekałam chyba ze dwie godziny aż mnie przyjmą do szpitala.
No i jedziemy na "Patologię ciąży", tam kolejna papierkowa robota...
Słyszę od lekarzy i położnych "po co pani tu w ogóle przyszła?"...
o tak dla sportu przecież, nudzi mi się w domu więc kilka w dni szpitalu sobie spędzę.
Nic się nie dzieje, chodzę po korytarzach i przed szpital łapać słońce... ze mną w każdej wolnej chwili I. i tak leci czas...
Rozmawiam do Niej... proszę, żeby się ruszyła, że chcę ją zobaczyć... chcę aby już była z nami, abyśmy byli już razem w domu.
Idziemy na USG... lekarz oznajmia, że dziecko ma prawie 5 kg, wcześniej nikt nic nie mówił, że dziecko duże -  czuję się troszkę przerażona jej wielkością...
Lekarz na koniec mówi - "fajnie tak sobie posiedzieć w szpitalu... jeść dadzą, pić dadzą - wakacje jak nic!" - no tak przecież to wymarzone miejsce na spędzenie wakacji życia.
W środę pada decyzja, biorą mnie na blok porodowy.
Czekam tam pół dnia przed drzwiami, aż zwolni się miejsce...
Czekam na korytarzu w piżamie z walizką i nie wiem ile jeszcze.
Ok to już przyjmują mnie, I. musi zostać przed drzwiami ja idę dalej,
stres coraz większy, na sali porodowej słychać krzyki kobiet rodzących... jedna, druga, trzecia...
Zakładają mi balonik na rozwarcie, chodzę po korytarzu -
Ona cały czas tam w środku a ja czuję się taka samotna, nawet nie wiem sama dlaczego...
chodzę i proszę ją... nawet nie wiem która godzina.
Kładę się spać, budzi mnie położna podpinająca ktg, akurat trafiłam na zepsuty sprzęt...
co chwilę słyszę melodyjkę - czuję niepokój...
Rano biorą mnie na salę porodową na działające ktg... uf wszystko jest ok.
Okazuję się, że balonik hmm zadziałam 3 palce rozwarcia... to dalej wywołujemy.
Podpinają mi kroplówkę, chodzę i chodzę... coś zaczyna się dziać.
Na początku to ból, jak przy okresie... z chwili na chwilę staję się coraz silniejszy...
I. jest obok... skurczę są coraz mocniejsze, biorę ciepły prysznic... troszkę pomaga.
W szpitalu jest wanna ale tylko na pokaz nie można z niej korzystać,
sala do porodu rodzinnego też jest tylko na pokaz, spędziłam tam ostatnią noc bo tylko tam było wolne miejsce...
Rozwarcie cały czas na trzy palce, płaczę nie daję już rady...
Starałam się być silna ale średnio mi to wychodziło...mówię do I. rzeczy, których nigdy nie chciałabym powiedzieć - nawet nie wiem co, nie byłam pewnie dla niego zbyt miła... choć dziękowałam Bogu, że jest obok bo bez niego nie dałabym rady.
Obok za ścianką działową rodzi dziewczyna słychać, że położna z nią współpracuję...
po tym okazało się, że miała dodatkowo zapłacone.
Nie wiem ile to już trwa, skurczę stają się nie do zniesienia...
widzę I. tak go kocham, że jest obok widzę smutek na jego twarzy bo też nie daję już sobie rady...
Przychodzi lekarz na badanie, przebija mi pęcherz, gdy to robi informuje mnie o tym... rozwarcie cały czas bez zmian...
Podają mi jakąś kroplówkę po której jestem jak na haju... siedzę na piłce... podczas skurczu jestem aktywna... po między I. mnie łapie bo tracę świadomość nie wiem ile to trwa... przechodzi i jest już normalnie... skurczę mam co minutę...
po raz kolejny przychodzi do mnie lekarz i z wyrzutem mówi do mnie "co się pani denerwuje, przecież nic się nie dzieje!!!"... mija 10 godzin...
Chcą podpiąć kolejną kroplówkę, nie wyrażam na to zgody nie mam już siły...
biorą mnie na CC... I. jest przerażony a ja już o niczym innym nie marzę... chcę aby to się skończyło..
Dostaję znieczulenie, tracę czucie w nogach... zaczyna się a ja się rozpadam, Pani anestezjolog ze mną rozmawia a ja płaczę sama nie wiem dla czego... nagle słyszę krzyk, to Ona!
25.08 godzina 18:45 przyszła na świat Ksenia, (58 cm, 4310 g, 10 pkt apgar)
Pokazują mi ją i zabierają nawet nie mogę jej dotknąć... szukam jej...
po chwili pani położna pokazuję mi opaski na jej rączkach, żebym sprawdziła czy wszytko się zgadza i znowu ją zabierają... a ja chce ją dotknąć, poczuć... zabierają ją z sali do I.
Nagle robi się cisza zabierają mnie z bloku, widzę ich ale tylko przez chwilę
mówię do I. "nasze małe kluchy Kseniuchy" daje mi szybkiego buziaka  bo zawożą nas na "noworodki"...
trafiam do sali 6 osobowej, wreszcie położna kładzie Ją na mnie - poznajemy się, Ona tak ślicznie pachnie, jest idealna!
Dzwonię do I. i płaczę, ciesze się, że Ona jest już obok ale przykro mi, że jego nie ma...
ale możemy dopiero zobaczyć się jutro... jak wstanę i wyjdę do sali odwiedzin...
I. opowiada, że lekarze jak wyszli po Cesarce powiedzieli mu
"wie Pan, dobrze, że podjęliśmy taką decyzje, dziecko duże i jeszcze chwile mogłoby być za późno, nie wiadomo jakby się to skończyło"
wtf? jakby nie fakt, że nie wyraziłam zgody na podanie mi kroplówki to nie było by pewnie cesarki...
albo jakby się skończyło... nie chcę o tym myśleć.
Wraca czucie w nogach, podają kroplówkę przeciw bólową... mija noc ja cały czas jestem rozbita ale szczęśliwa...
Zaczynają się problemy, muszę wstać K. już jest z I. w salce odwiedzin, chcę być z nimi ale nie mogę - mdleje, nie pamiętam tego...
Jest ciężko... słońce przez okno świeci prosto na mnie, w sali jest przeokropnie duszno...
tym razem nie zobaczę mojego ukochanego...
Strasznie dłuży mi się czas...
Po interwencji I. u lekarza dyżurnego, który się go spytał "to rano nic się nie działo a teraz żona mdleje?"),
lekarz dyżurny po przyjęciu koniaka poszedł z łaską na dół i zaczął przeglądać kartę...
"zrobiła Pani krzyżókę?" pyta pielęgniarki...
"nie... przecież wszystkojest ok..."
"niech się Pan nie martwi, w razie czego przetoczymy krew"...
(którą trzeba najpierw ściągnąć bo w szpitalu takiej nie ma)
I. stoi przez chwilę w drzwiach sali...
"proszę stąd wyjść, Pan tu nie może być!".
Zostałam przeniesiono na osobną salę, dostaję kroplówkę i jakiś antybiotyk po tym wreszcie udaje nam się zobaczyć z I. jest niedziele, chcę już być w domu, chcę czuć Jego wsparcie...
Chcę abyśmy byli razem we trójkę, czuję się bezradna już jakoś idzie mi wstawanie i chodzenie, ale nie mogę jej podnieść... boję się, że ją upuszczę...
Za każdym razem proszę położną aby mi pomogła (robią to z wielką łaską) czuję się bezpiecznej jak mam ją w ramionach leżąc...
Zapomniałam dodać, że następnego dnia po CC przyszedł do mnie ordynator i wydzierał się na mnie, jak mogłam nie przyjąć kroplówki...
Wszyscy taktują mnie jak gówniarę, która wpadła to niech ma.
Bo przecież w wieku 22 lat nie można być świadomym rodzicem.
Jest poniedziałek, modlę się o wypis... strasznie mi się dłuży...
K. jest zdrowa jak rybka wreszcie wychodzimy... cieszę się, że już idę do domu!
Cieszę się, że to się skończyło i chcę jak najszybciej o tym zapomnieć i cieszyć się nią...
Trochę schodzi mi z pozbieraniem siebie do kupy,
ciesze się, że jest Ona ale nie jest ze mną ok, czuję się źle - psychicznie źle...
Kilka dni później odwiedzają nas znajomi, koleżanka rodziła (też CC już drugie) miesiąc wcześniej,
opowiada jak tam było cudownie, że wczasy i w ogóle...
jak jak opowiadam swoje odczucia to okazuję się, że wcale tam nie jest tak źle... i głupoty opowiadam.
ta sama koleżanka "obraża" się na mnie za to, że nie karmię... (?)
Starałam się chciałam ale się poddałam było mi też z tym bardzo źle... ale tak wyszło.
Mówiłam, że już nigdy więcej! Że K. będzie jedynaczką bo nie chce przeżywać tego jeszcze raz...
minęło trochę czasu poczułam, że jednak chcę mieć drugie dziecko, chcę aby K. miała rodzeństwo...
Ale obiecałam sobie, że nie wrócę do tego szpitala... trauma nie minęła...
dalej płaczę jak czytam o pięknych porodach, albo o tych fatalnych... płaczę jak widzę zdjęcia i fotorelacja, cieszę się, że ja takiej nie ma bo to nie był najcudowniejszy dzień w moim życiu...
znaczy się najcudowniejsze było to, że pojawiła się Ona! ale wszystko dookoła dalekie jest od idealnej historii, którą chce się pamiętać...
Jestem w 30 tygodniu ciąży za jakiś czas będzie z nami On.
Wybrałam prywatny szpital w Rzeszowie to godzina drogi stad,
jeżdżę tam na wizyty płacę 150 zł - poród jest na NFZ czuję się spokojniej...
mam nadzieję, że nie przeżyję kolejnej tramy chcę od samego początku cieszyć się z bycia Mamą...
bo przy K. trochę mi to zajęło czasu - czuję, że trochę straciłam.
Mam nadzieję, że za jakiś czas opiszę cudowne przeżycia...
wiem, że będę miała CC i będzie to umówiony termin czuję się bezpiecznej. I. też czuje się bezpieczniej.

przepraszam, za chaos w tym poście ale cały czas są to emocję nie umiem inaczej tego opisać.

5 komentarzy

  1. Twoja decyzja uratowała K. a lekarze przypisali to do siebie. Koszmar :( Przykro mi ogromnie, że tyle kobiet cierpiało, tyle kobiet jest traktowanych jak machiny do rodzenia których nie ma prawa coś boleć. Które nie mają prawa panikować mimo że debiutują w porodzie. Łatwo się im wszystkim mówi, bo dla nich to rutyna ! Na szczęście, że podjęłaś decyzję o nie przyjęciu kroplówki. Ściskam Was mocno i zaciskam kciuki, by poród z synkiem był o niebo lepszy by wspomnienia które po nim pozostaną opiewały radością bez tych negatywnych odczuć.

    OdpowiedzUsuń
  2. Masz prawo do podejmowania soich decyzji podczas porodu. Pewnie chceli Cie jak nadłużej pomęczyć a cc nei chciało im się zrobić. Tak jest, ze czekają do ostatniej chwili a później często jest za późno. To przykre. I w ogóle jak to jest, że ciągle się słyszy, że KTG jest zepsute!? Dla mnie to niedopuszczalne, a jednak! Cieszę się, że wszytsko dobrze się skończyło i trzymam kciuki abu ten poród odbył się spokojnie, bez komplikacji i tak jak sobie wymarzysz! :*:*:*

    OdpowiedzUsuń
  3. To co napisałaś niestety odzwierciedla naszą polska służbę zdrowia :-( Przykre i prawdziwe niestety chyba nadal dla większości szpitali w naszym kraju :-( Ja miałam to szczęście, że rodziłam w świetnym szpitalu jak z serialu ,,Na dobre..." i mam cudne wspomnienia, ale mnóstwo moich koleżanek nie miało takiego szczęścia. Rehabilituję dzieci po niedotlenieniach, często w wyniku powikłań okołoporodowych więc znam ich problemy :-( Dzięki Bogu u Was Ty odpowiednio zareagowałaś i nie doszło do nieszczęścia, ale na prawdę mało jest pacjentek, które sprzeciwiają się decyzjom lekarzy :-(

    OdpowiedzUsuń
  4. Straszny jest ten fakt, że co raz więcej dzieci umiera lub rodzi się z niedotlenieniem lub jeszcze innymi schorzeniami... Mamy prawo decydować o sobie, ale każda z nas wie jak jest w naszych szpitalach. U nas na szczęście skończyło się dobrze, pomimo jakiejś tam traumy i coraz większego strach teraz tym co będzie... K. jest zdrowa a to dla mnie jest najważniejsze:)
    Liczę na to, (a słyszałam naprawdę dobre opinie o tym szpitalu w którym teraz będę) że będzie wszystko dobrze:) dzięki, że jesteście:*

    OdpowiedzUsuń
  5. czytałam to z przerażeniem sama jestem ze stalowej woli teraz mieszkam w Rzeszowie. Mam termin porodu na 26 listopada (cesarka) za 7 dni. Chodziłam do Pro-Familii i tam będę rodzić. Jeśli przeczytasz ten komentarz, proszę napisz choć kilka zdań jak wyglądał Twój poród w tym szpitalu, do jakiego lekarza chodziłaś? Jak to było? Ja trochę/bardzo :) się stresuję jak to będzie.
    Będę wdzięczna
    Karolina

    OdpowiedzUsuń

the little things © . QUINN CREATIVES .